Yifat Susskind
Działania Stanów Zjednoczonych w obliczu wyborów w Iraku, Wenezueli, Boliwii i na Haiti.
Administracja Busha triumfalnie ogłosiła, że wybory w Iraku, które odbyły się 15 grudnia 2005 roku, są ogromnym krokiem naprzód w kierunku wolności i prawa do samostanowienia. Krokiem, który ma rozbudzić dążenie do demokracji w innych państwach Bliskiego Wschodu. W tym samym czasie, ta sama administracja odkryła, że w jej najbliższym sąsiedztwie demokracja stworzyła potwora, i że temu potworowi również na imię demokracja. Oto bowiem ruchy społeczne, które zrodziły się w wielu krajach Ameryki Łacińskiej i rejonu Karaibów, żądają dzisiaj, by "ten prezent ofiarowany światu" przez Stany Zjednoczone uczynił zadość zasadzie, według której demokracja oparta jest na rządach większości. Skutkiem tych żądań będą nieuniknione - teraźniejsze i przyszłe - zakłócenia w funkcjonowaniu systemu - zwanego "demokracją wolnorynkową" - który dopowadził do wzbogacenia się wąskich elit, a na ogromne rzesze społeczeństwa sprowadził niewyobrażalną biedę. Realna możliwość takiego obrotu zdarzeń wywołuje duży niepokój szefa CIA Portera Gossa, który całkiem niedawno określił zbliżające się w Ameryce Łacińskiej wybory jako "potencjalne źródło destabilizacji". [1]
Reakcją administracji Busha na procesy zachodzące w krajach Ameryki Łacińskiej jest wzmożona aktywność działań prowadzonych w ramach finansowanego przez agencję USAID programu "promowania demokracji", którego celem jest zagwarantowanie ludziom mającym dotychczas monopol na bogactwo, również monopolu na dalsze i niczym nie zakłócone sprawowanie władzy. Krajami będącymi obecnie w ścisłym centrum zainteresowania Waszyngtonu są Wenezuela, Boliwia i Haiti. [2] Wybory powszechne, które odbędą się w tych trzech krajach w miesiąc po wyborach parlamentarnych w Iraku, będą doskonałą demonstracją determinacji administracji Busha by nie dopuścić do przejścia demokratcznej władzy w niewłaściwe ręce, tak na półkuli zachodniej jak i w Iraku.
Wenezuela
W swojej decyzji z 4.12.2005, główne partie opozycyjne w Wenezueli ogłosiły bojkot wyborów, chcąc w ten sposób uniknąć nieuniknionej klęski wyborczej. Były to te same przychylne biznesowi ugrupowania, które w 2002 roku - finansowane bezpośrednio przez amerykańską National Endowment for Democracy (NED) - zorganizowały i przeprowadziły wojskowy zamach stanu, który doprowadził do obalenia prezydenta Hugo Chaveza [3]. Przewrót upadł po niespełna dwóch dniach, po tym gdy miliony mieszkańców Wenezueli (włączając w to kadrę oficerską niższego stopnia) stanowczo zażądały powrotu Chaveza. Do dnia dzisiejszego większość Wenezuelczyków popiera Chaveza i głosuje na wprowadzany przez niego model demokracji, oparty na zaangażowaniu szerokich warstw społeczeństwa, które aktywnie uczestniczą w narodowej dyskusji o kierunku prowadzonej w kraju politycznej i społecznej transformacji.
Wenezuela posiada najbardziej demokratyczną konstytucję spośród wszystkich państw regionu, uznaje się w niej między innymi prawo kobiet zajmujących się domem do świadczeń emerytalnych. Poza tym działania rządu Wenezueli doprowadziły do znacznej poprawy wskaźników analfabetyzmu, głodu i śmiertelności wśród noworodków; wdrażany jest też niezwykle ambitny program reformy rolnej.
Podczas szczytu Ameryk, który odbył się w listopadzie w Argentynie, Chavez był głównym wyrazicielem zataczającej coraz szersze kręgi opozycji wobec narzucanej przez Stany Zjednoczone polityki gospodarczej, która wpędziła w jeszcze większą nędzę większość mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Bush oskarżył potem Chaveza o próbę "cofnięcia procesu demokratyzacji". [4] Pomimo tego, społeczność międzynarodowa w swojej przeważającej części jest pod dużym wrażeniem osiągnięć demokracji wenezuelskiej, jakich dokonano w ostatnich latach. I to pomimo relatywnie niedługiej historii wyborów powszechnych w tym kraju. Za rządów Chaveza mieszkańcy Wenezueli osiem razy szli do urn wyborczych i za każdym razem przedstawiciele społeczności międzynarodowej, w tym Jimmy Carter, uznawali te wybory za wolne i sprawiedliwe.
I właśnie na tym polega zasadniczy problem: że pomimo ogromnej pomocy rządu Stanów Zjednoczonych, partie opozycyjne nie potrafią pokonać Chaveza w drodze wolnych wyborów. Po prostu w tym przypadku "demokracja nie działa jak należy" (tak stwierdził jedyny w historii prezydent USA, który musiał zostać zatwierdzony na swój urząd przez Sąd Najwyższy, po tym jak przegrał w głosowaniu powszechnym). Władza w Wenezueli w ciągu ostatnich dziesięcioleci znajdowała się w rękach dwóch partii, które, choć zmieniały się u steru rządów, to były silnie powiązane z grupami przemysłowymi ze Stanów Zjednoczonych (czy nie brzmi to czasem znajomo?). W ten sposób większość społeczeństwa efektywnie pozbawiono wpływu na prowadzoną w kraju politykę. Obecnie te odtrącone wcześniej grupy społeczne, wykorzystując procedury systemu demokratycznego, zdobyły kontrolę nad krajem. Tą właśnie sytuację określa Bush dzisiaj mianem kryzysu demokracji.
Boliwia
Boliwia jest pogrążona w podobnym kryzysie. Gdy 18 grudnia odbędą się w tym kraju wybory prezydenckie, ich najbardziej prawdopodobnym zwycięzcą może okazać się Evo Morales, który zostałby wówczas pierwszym prezydentem Boliwii pochodzenia indiańskiego. [5] Morales jest socjaldemokratą, którego administracja Busha ochrzciła mianem lewicowego radykała, a ambasador USA w Boliwii porównał go do Osamy bin Ladena. Jednak proponowany przez Moralesa program wyborczy może zostać uznany za radykalny tylko wówczas, gdy za postawę umiarkowaną przyjąć politykę gwarantującą masowe ubóstwo i kolosalne nierówności społeczne. Program ten jest bowiem oparty na różnorodnych istniejących w Boliwii ruchach społecznych, które domagają się zwiększenia roli państwa w zarządzaniu zasobami naturalnymi kraju. Innym ważnym postulatem jest utworzenie Zgromadzenia Narodowego, które opracuje i uchwali projekt nowej konstytucji dający większe uprawnienia rządowi w zakresie gospodarki.
Najwyraźniej oburzony faktem, że ubodzy, żyjący z uprawy Indianie potrafią się zorganizować w stopniu wystarczającym do obalenia dwóch prezydentów w ciągu dwóch ostatnich lat (Gonzalo Sancheza w 2003 roku i Carlosa Mesa w 2005 roku), Donald Rumsfeld stwierdził, że to Hugo Chavez stoi za wydarzeniami w Boliwii. [6] Warto jednak zauważyć, że to właśnie administracja Busha od 2002 roku, a więc odkąd indiańskie ruchy społeczne stały się znaczącą siłą polityczną w kraju, zupełnie otwarcie ingeruje w wewnętrzne sprawy Boliwii. To właśnie w 2002 roku amerykański rząd zagroził wstrzymaniem pomocy gospodarczej dla Boliwii w przypadku zwycięstwa Moralesa w wyborach prezydenckich. Od tamtego czasu Stany Zjednoczone bez przerwy prowadziły w tym kraju swój program "promocji demokracji". Do Boliwii płynęły miliony dolarów z amerykańskiego budżetu z przeznaczeniem na tworzenie oddolnych grup wśród społeczności indiańskiej, przychylnych polityce Waszyngtonu, oraz na zakrojone na szeroką skalę kampanie reklamowe mające na celu promocję przyjaznych Ameryce, lecz mimo to skazanych na porażkę, kolejnych boliwijskich rządów. [7]
Podobnie jak miało to miejsce w Wenezueli, "promowanie demokracji" w wykonaniu Stanów Zjednoczonych polega na ograniczonej formie rządów reprezentujących poglądy i realizujących politykę powiązanych z biznesem elit, przy jednoczesnym wykluczeniu bezpośredniego udziału szerszych grup społecznych w sprawowaniu władzy. Ogromnym problemem dla obecnej administracji jest fakt, że w Boliwii, ten oparty na ludności indiańskiej ruch społeczny, zdobył i stale powiększa swój udział w rządzie zgodnie z zasadami, podporządkowując się regułom demokracji.
Haiti
Już po raz czwarty w ciągu ostatnich pięciu miesięcy został przesunięty termin wyborów prezydenckich na Haiti. W tej sytuacji, gdy datę wyborów ustalono na 8 stycznia, Rząd Tymczasowy (zainstalowany przez USA po obaleniu w lutym 2004 roku przez armię amerykańską demokratycznie wybranego prezydenta Jeana Bertranda Aristide'a) będzie sprawował władzę dłużej niż do lutego 2006 roku, w więc dłużej niż przewiduje prawo obowiązujące na Haiti (można sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby to samo próbował uczynić Chavez). Niezależnie od tego kiedy się te wybory odbędą, będą one szyderstwem i kpiną z demokracji. Mimo to administracja Busha silnie nalega by je przeprowadzono. Sekretarz Stanu Rice pochwaliła rząd Haiti i oznajmiła, że wybory w tym kraju są "znaczącym krokiem na drodze do demokracji". [8] Przyjrzyjmy im się jednak z bliska. Mieszkańcom Haiti odmawia się prawa do uczestniczenia w wyborach: na 8 milionów ludzi stworzonych zostało zaledwie kilkaset punktów rejestracji wyborczej (w porównaniu z 10000 takich punktów utworzonymi podczas wyborów organizowanych przez rząd Aristide'a). Skutkiem tego ludzie żyjący w ubogich społecznościach - gdzie rząd nie cieszy się praktycznie żadnym poparciem - nie mają swoich lokali wyborczych. [9] Odmawia im się również prawa do prowadzenia kampanii wyborczej: kandydaci mogący potencjalnie zagrozić obecnemu rządowi są aresztowani, często przetrzymywani w więzieniu bez postawienia zarzutów. Wreszcie Haitańczykom odebrano możliwość zrzeszania i organizowania się: we wrześniu rząd uznał wszystkie wymierzone weń demonstracje za niezgodne z konstytucją, a ludzie biorący w nich udział są niemal zawsze atakowani przez oddziały policji. Administracja Busha ochoczo wspiera te represje, wysyłając na Haiti, tuż przed rozpoczęciem kampanii wyborczej, warte ponad 2 miliony dolarów broń i wyposażenie dla oddziałów haitańskiej armii i policji.
Okazuje się, że represje są podstawowym elementem kampanii wyborczej prowadzonej przez haitański rząd. Od 1990 roku każde uznane przez społeczność międzynarodową wybory kończyły się bezsprzecznym zwycięstwem partii Lavalas. Mimo tego, że partia Lavalas stanowiła w swoim czasie model prodemokratycznego ruchu społecznego, stała się ona - podobnie jak jej przebywający dzisiaj na wygnaniu przywódca, Aristide - ofiarą amerykańskiego programu "promocji demokracji". Po tym jak wspierane przez Stany Zjednoczone oddziały najemników obaliły Aristide'a, partia ta rozpadła się na niezliczone, często podejmujące działalność zbrojną, grupy. Mimo częstych przypadków łamania praw człowieka, Lavalas bez wątpienia odniosłaby zwycięstwo w styczniowych wyborach, gdyby do nich doszło, i gdyby kandydaci tej partii mogli brać w nich udział. Przyczyna tego jest niezwykle prosta: Lavalas jest partią ludzi biednych, a większość mieszkańców Haiti to właśnie ludzie biedni.
W jawnej sprzeczności ze wszelkimi standardami demokracji konstytucyjnej, Stany Zjednoczone dwukrotnie przyczyniły się do obalenia Aristide'a. Nie chciał on bowiem zaakceptować recept przygotowanych dla haitańskiej gospodarki w Waszyngtonie, które między innymi zakładały ograniczenie wydatków socjalnych i prywatyzację. Za pierwszym razem, jeszcze w 1991 roku, "zmiana reżimu" była operacją przeprowadzoną w tajemnicy. Stany Zjednoczone zaprzeczyły jakoby wspierały one najemników, którzy zabijając tysiące zwolenników Aristide'a (a także wielu żyjących w ubóstwie mieszkańców Haiti, tak dla przykładu) przejęli władzę na Haiti. Po raz drugi odsunięto Aristide'a od władzy w 2004 roku, tym razem w zupełnie innym stylu. Został on wywieziony z Haiti na wygnanie samolotem Pentagonu, a Stany Zjednoczone w ciepłych słowach uznały mandat "nowego rządu" do sprawowania władzy. W jego skład weszło wielu uczestników przewrotu z 1991 roku, którzy dzisiaj robią wszystko by odnieść zwycięstwo w tegorocznych, i tak już okrytych złą sławą wyborach.
Demokracja w Iraku: Wolność wykonywania naszych poleceń
Podstawowym wyznacznikiem wyborów w Iraku jest to, że odbywają się one w kraju znajdującym się pod okupacją wojskową, co jednozancznie wskazuje, że nie są to wybory ani wolne ani sprawiedliwe. Każdy krok w "irackim marszu ku wolności" naznaczony jest piętnem amerykańskiej interwencji, od chwili gdy decyzją Paula Bremera w skład rządu tymczasowego weszli przedstawiciele rakcyjnego duchowieństwa. Posunięcie to umożliwiło islamistom przejęcie kontroli nad rządem irackim i znacznie ograniczenie praw kobiet, które stanowią większość irackiego społeczeństwa.
Oczywiście administracja Busha nie ma najmniejszego zamiaru dawać większości społeczeństwa możliwości decydowania o zasadniczych kierunkach polityki kraju. Jednym z bardziej jaskrawych tego przykładów były wysiłki zmierzające do uniknięcia bezpośrednich i równych (jeden wyborca - jeden głos) wyborów w Iraku. Administracja ugieła się jednak pod naciskami ze strony Ajatollaha Al-Sistaniego, wpływowego duchownego szyickiego, który dąży do utworzenia w Iraku opartego na islamie państwa wyznaniowego. Jednak dwa najważniejsze cele inwazji Busha na Irak - narzucenie temu krajowi ekstremalnej odmiany wolnorynkowego systemu gospodarczego i zapewnienie długoterminowego stacjonowania amerykańskich wojsk - znajdują się daleko poza zasięgiem irackich wyborców - nie mają oni realnej możliwości, by to zmienić.
Podobnie jak na Haiti, demokracja w Iraku opiera się wyłącznie na procedurach, na tym, że co jakiś czas przeprowadzane są wybory, niezależnie od tego, że często towarzyszą im ataki przemocy, skierowane również przeciwko samym kandydatom. Natomiast w przypadku Wenezueli czy Boliwii rząd wyłoniony w wyniku wyborów uznany zostanie za "demokratyczny" tylko wówczas, gdy będzie działał zgodnie z politycznym scenariuszem napisanym w Waszyngtonie.
Jak zauważył w 1819 roku Simon Bolivar: "Można odnieść wrażenie, że powołaniem i misją Stanów Zjednoczonych jest zadawanie cierpienia w imię demokracji". Często głoszonym przez administrację Busha zamiarem jest rozprzestrzenienie procesów zachodzących w Iraku na cały Bliski Wschód. Jednak nie należy mieć złudzeń. Choć w Iraku odbyły się wybory, to administracja Busha jest zainteresowana powstaniem prawdziwej demokracji w Iraku, w stopniu tym samym co w krajach Ameryki Łacińskiej na Karaibach.
Polityka
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz